Reklama

    Nowy numer 11/2023 Archiwum

Pytanie z innej epoki

Pytam ostrożnie, żeby nie spłoszyć: „Kiedy mnie zaprosisz na ślub?”. Nie spłoszyła się, odstrzeliła krótko: „A po co nam ślub?”.

Poszedłem kupić podpałkę do kominka. Wielki market, gdzie mają wszystko dla domu. Wśród obsługi wielu znajomych, dawnych parafian i nie tylko. O, jest Ewelina, niegdyś ministrantka, wierna w służbie, rozmodlona, zawsze uśmiechnięta. Serdecznie się witamy, kilka zdań (ona przecież w pracy). I moje jedno pytanie, które miało uściślić wiadomości o tym miłym stworzeniu. Bo wiedziałem, że jest ona „do pary”, ale nie byłem zorientowany jaką ta „para” ma kwalifikację. Pytam ostrożnie, żeby nie spłoszyć: „Kiedy mnie zaprosisz na ślub?” Nie spłoszyła się, odstrzeliła krótko: „A po co nam ślub?” Nie wiem, czy w zapisie ma być ów znak zapytania. Bo jej odpowiedź mogła być pytaniem, ale równie dobrze stwierdzeniem, że ślub – nawet cywilny – do niczego potrzebny nie jest. Ponoć zły to ksiądz, który się czemuś dziwi. Zatem nie zdziwiłem się, bo różne sytuacje i konfiguracje w życiu widziałem.

Analogiczną sytuację pierwszy raz przeżyłem dobrych 30 lat temu. Rodzina miała domek po sąsiedzku z plebanią, pobożni i uczynni ludzie, dwoje dzieci ministrantami – zawsze można było na nich liczyć. Dostali wreszcie „papiery” i wyjechali do Niemiec, do Bawarii, gdzie mieli wszystko przygotowane wcześniej. Odwiedziłem ich później raz i drugi. Dorabiałem w Niemczech, zastępując proboszcza w czas urlopu. Któregoś razu zastałem tylko mamę. „Proboszczu, pojedziemy, żebyście zobaczyli mieszkanie młodych?” Jakich „młodych”? Asia po ślubie? „Nie, ślubu, cywilnego też, nie mają. On jest ze wschodniego landu, to blisko”. Joanna bez ślubu? „Bez, ona go nawet nie namawiała, my też nie. Dobry chłopak, ale czy on winien, że się wychował w tych wschodnich Niemczech?” A potem mama wytłumaczyła, że młodzi mają spisaną taką umowę – kto i ile składa do wspólnej kasy, kto płaci za prąd, kto za telefon, jak dzielą pieniądze za mieszkanie i ogrzewanie… I wszystkie obowiązki mają zapisane, podpisane”. A do kościoła chodzą? „Proboszczu, nie chodzą, on by nawet nie wiedział, jak tam się zachować. Jak czasem jedzie na delegację, to Joanna przyjedzie na niedzielę i wtedy razem idziemy na mszę”. A ona do komunii? „Tak, tam wszyscy idą”.

To był mój pierwszy przypadek w tej materii. Nie mogłem przyjść do siebie. Z Asią więcej się nie widziałem; dobre dziecko z niej było. Dobre w tamtej epoce i kraju jakiejś normalności. Wyjechała do innego kraju, świata innych wartości. Potem z takimi i podobnymi sytuacjami spotykałem się coraz częściej. Nie tylko w Niemczech, ale i w Polsce. Dziś normalność, chyba już wszędzie, ma całkiem inne oblicze. Dlatego Ewelina z zadziornym uśmiechem na pytanie odrzekła pytaniem-stwierdzeniem „a po co nam ślub”. Obie panie są już z tej innej, nowej, budowanej na ludzkich, tylko ludzkich pomysłach epoki. Wicher przemian rujnuje tak wiele. Chyba dobre słowo: rujnuje. Czy obwiniać Joannę, Ewelinę i tysiące innych dziewcząt i chłopców? Oni są pierwszymi ofiarami przemian. Nie waham się tak właśnie powiedzieć: oni są ofiarami. Ale równocześnie jedni wciągnięci w ten niesamowity cyklon wirujący nad światem, pociągają innych. Zło budzi zło, nieświadomość generuje nieświadomość, fałszywe usprawiedliwianie uderza w sumienia.

To tylko skrótowe postawienie problemu. Tego jednego. A jest ich w życiu więcej. Wszystkie mają wspólny mianownik: system wartości. Zmieniony i wciąż zmieniający się system wartości – nie materialnych, a ogólnospołecznych, religijnych, poznawczych, ochrony życia i zdrowia, potrzeby wykształcenia. Także mody – nie tylko ubioru, ale muzyki, obrazu, spędzania wolnego czasu, mody na łakocie i napoje… Παντα ρει – Panta rei – wszystko płynie – mówili starożytni Grecy. Ale tak naprawdę płynność wszystkiego, co nas otacza i czym sami jesteśmy, nastała dopiero teraz. Potok owych przemian rwie coraz prędzej, wypłukał też w człowieku bardzo już głębokie rowy i jaskinie. Jeśli o tym pamiętać, to pytanie-odpowiedź Eweliny staje się zrozumiała i wcale nie od rzeczy. Po co nam ślub (nawet cywilny), skoro to mebel ze świata swój żywot już kończącego. Wiele innych rzeczy – materialnych i niematerialnych – jest niepotrzebnych w tym ich świecie. A najmniej potrzebne wydają się sprawy niematerialne, duchowe. I niekoniecznie religijne, te z ludzkiego ducha także.

Jak zachować się w sytuacjach zderzenia z tym mutującym światem? Przede wszystkim uchronić spokój i nie dać się zwariować. Wielu zmutowanych przez nadchodzące nowe unika nas, przedstawicieli dawnego porządku rzeczy. Przykre to, gdy wychowanek udaje, że cię nie widzi – a ty wiesz dlaczego. Wszelako więcej jest takich, jak Ewelina – przywitają z uśmiechem. Ale swoje myślą. A ty, człowieku z dawnego świata – bądź sobą. Tylko tyle? Nie, każda sytuacja ma rozwiązanie, które znaleźć trzeba. Jeśli zaś jakoś reagować, to tylko ze spokojem i radością. Pogoda ducha kruszy lody nieufności i serca otwiera.

Temat trudny i obszerny, a dobrych podręczników niewiele… może ich wcale nie ma? Z jednym wyjątkiem – Ewangelia jest co najmniej poradnikiem, a może się stać przewodnikiem wiodącym na spotkanie z tymi, którzy małodusznie i nieco sztucznie pytają „a po co nam to?” Nie chodzi o jej odczytywanie zgubionym. Ewangelię musi być w nas widać. I to jest trudne.

[Imiona dziewcząt zmienione]

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy