Jakby otworzył się przede mną inny świat. Którego jednak nie widziałem. Bo widziałem przecież słomki fruwające w stajence.
Pojąłem rzecz w całej jasności podczas Pasterki w stodole „Barki”. Gdy z dachu stajenki, w której ustawiony był ołtarz, zaczęły powoli, nawet trochę majestatycznie sfruwać źdźbła słomy. Te latające słomki jakby odsłaniały przede mną całą tajemnicę życia. Ale nie widziałem jej! Żeby nikt nie myślał, że mam jakieś objawienia. Niech Pan Bóg broni. Była ta słoma ze stodoły w folwarku „Kaczorownia” (możecie ją zobaczyć w galeryjce fotek poniżej) trochę jak piórko fruwające na koniec filmu „Forrest Gump” – nie stawiało kropki, nic nie mówiło, a przemawiało. Coś wtedy zrozumiałem jasno.
Mam już za sobą ponad trzy dekady pracy w „Gościu” i piszę to nie po to, żeby się chwalić czy przeciwnie - narzekać. Chcę powiedzieć, że przez jedno - statystyczne - pokolenie miałem okazję dość uważnie śledzić debaty i polemiki wokół Kościoła i religii w Polsce. A czasami nawet w nich uczestniczyłem. I po tych latach dochodzę do wniosku, że wielkie dyskusje rozpalające opinię katolicką i szerzej - publiczną, są oczywiście ważne, ale nie są najważniejsze. Najważniejsza nie jest dla chrześcijan w Polsce sprawa religii - także w jej instytucjonalnym kształcie - ale sprawa wiary.
Trudno będzie to wytłumaczyć w felietonie, bo panuje mącące obraz pomieszanie pojęć i trzeba by poważnego eseju. Ale spróbuję.
Nie jest najbardziej istotne to, jaki rodzaj pobożności jest najlepszy, który nurt w Kościele (cały czas myślę i piszę o Polsce) ma rację, jakie błędy Kościół popełnia i jakie ma mocne strony. To jest ważne, ale nie najważniejsze.
Najważniejsze jest czy mamy w sobie wiarę. I znów - nie chodzi o pobożność, o rytuały, cały katolicki świat i sztafaż, o religię i religijność. To jest ważne, rzecz jasna, i ma znaczenie dla naszego życia duchowego. Ale wiadomo, że równie dobrze mogą to być rzeczywistości puste.
Chodzi o sam rdzeń wiary. Nie o to, co wyznajemy słowami, o czym piszemy czy co pokazujemy albo lajkujemy na social mediach. Lecz o to, co zostaje w nas, w najgłębszym, najbardziej wewnętrznym, centrum naszej osoby, kiedy wszystkie zewnętrzne wymiary religii odpadną, pozostaną z boku. Wiem, że oddzielenie tego jest trudne i może być sztuczne. Czasem potrzeba wielu lat, by zrozumieć, co w nas jest prawdziwe, a co stanowi tylko rodzaj maski - także tej maski pobożnej - przybieranej nawet w dobrej wierze.
Nie chcę powiedzieć, że już dotarłem do szczęśliwego punktu, w którym potrafię oddzielić to, co jest przybraniem od tego, co jest istotą. I skupić się na „czystej” wierze. O nie. Nie jestem super pobożny, modlitwa jest dla mnie od lat staniem przed Skałą i niezdarnym szeptaniem do Niej tych samych słów Różańca. Nie rozumiem dlaczego tak jest, ale widzę sens w takiej właśnie modlitwie.
Ale zdarzają się też chwile, których nie potrafię zapomnieć, które przenikają świadomość i zostają w pamięci. W mijającym roku były dwie i - dość to ciekawe - obydwie wiążą się ze wspólnotą „Barki”.
Pierwsza zdarzyła się nad Zielonym Stawem Kieżmarskim podczas majowej pielgrzymki. Wiał mocny wiatr, moi przyjaciele jedli naleśniki w schronisku, a ja wyszedłem zapalić fajkę - co nie było łatwe przy porywistych podmuchach. W końcu siadłem nad brzegiem pięknego jeziora, przed wysoką ścianą słowackich Tatr. I ogarnęła mnie - dość niespodziewanie - świadomość, że On tu jest. Żadnych wzruszeń, objawień, wizji, słów. Nic z tych rzeczy. Żadnych emocji. Ale przenikające poczucie, że On tu jest: przede mną, wokół mnie, nade mną, obok mnie, wszędzie, w tej właśnie chwili.
I podobnie było w czasie tegorocznej Pasterki w „Barce”. Kiedy pojedyncze słomki odpadały z dachu stajenki i powolutku spływały - czasem zataczając niewielkie kręgi - na ołtarz, na rodziców z trzymiesięcznym niemowlęciem, na chór ”aniołków”, księży i szafarzy, widok tych słomek sprawił, że przestrzeń stajenki, nie zmieniając się w ogóle odmieniła się całkowicie (dobrze rozumiem, że brzmi to jak majaki człowieka niespełna rozumu) i stworzyła we mnie poczucie spokoju, bezpieczeństwa. JAKBY mówiła: „będzie dobrze, wszystko będzie dobrze”. Jakby otworzył się przede mną inny świat. Którego jednak nie widziałem. Bo widziałem przecież słomki fruwające w stajence.
Wspólnym mianownikiem tych chwil jest mocne poczucie, że moje życie ma sens. Że jest dobre. Mimo wszystkich trudności, porażek, kłopotów i zmartwień o przyszłość. Mimo wszystkich czarnych myśli, że na nic się nie przydało nikomu. Przenikało mnie poczucie, że ta Skała, do której mówię codziennie, teraz mi odpowiada. I mówi to, co napisane jest w Ewangelii: „jesteście ważniejsi niż wiele wróbli”. Przyjęcie tego jest wiarą, o której próbuję tu nieporadnie pisać.
Takie chwile - mimo nieuchronnie następujących chwil przykrych, trudnych i ciężkich do zniesienia - pozwalają mi być wdzięcznym za swoje życie. Przyznać, że ono jest dobre. Przyznać to sobie i przyznać to tej Skale, która „przemówiła” do mnie nad Zielonym Stawem Kieżmarskim i w stodole folwarku k. Strzelec Opolskich.
Wybaczcie, to co napisałem jest prawdopodobnie zbyt osobiste. Chcę jednak podzielić się z Wami, czytelnikami „Gościa Opolskiego” tym, co dla mnie ważne. Na tym mi zależało przez trzy dziesiątki lat pracy.
Nie wiem czy w ogóle udało mi się teraz cokolwiek jasnego przekazać, ale znakomicie ujął to, co chcę powiedzieć ks. Józef Tischner, którego rok pamięci kończymy. Zatem go zacytuję:
„Na końcu naszego rozumienia świata, rozumienia dramatów ludzkich, a także własnego dramatu, patrzysz na samego siebie, widzisz, coś przeżył, coś przecierpiał, ile rzeczy przegrałeś, widzisz to wszystko coś wygrał, i nagle - może pod koniec życia - oświeca cię ta świadomość, że »dobre było«. (…) Może właśnie o to naprawdę chodzi, może jesteśmy na tym świecie po to, żeby na końcu powtórzyć najpiękniejsze słowa, jakie Pan Bóg wypowiedział w dniu naszego stworzenia »Dobre było«”.