Wizyta u siostry Marceli z pustelni w Bryksach k. Gościęcina.
W przeddzień Światowego Dnia Życia Konsekrowanego odwiedzam s. Marcelę od Trójcy Przenajświętszej, która jest pustelnicą w Pustelni „Emmanuel” w Bryksach (parafia Gościęcin). Jest jedną z dwunastu pustelnic po ślubach pustelniczych w Polsce.
A to miejsce – pustelnia położona w otoczonej sadem dolince wśród pól między Gościęcinem a Kózkami, naprzeciw drewnianego XVII-wiecznego kościółka pątniczego pw. św. Bryksjusza - ma tradycję pustelniczą od XIX wieku. Jeszcze w latach 70. wieku XX żył tu życiem pustelniczym Alojzy Kałuża. W 2019 r. śluby pustelnicze w kościele pw. św. Bryksjusza złożyła s. Maria Electa od Jezusa i zamieszkała w pustelni. A potem w 2024 r. „zmieniła” ją s. Marcela. S. Electa przeniosła się do pustelni w Pietrowicach Wielkich k. kościoła pątniczego pw. Podwyższenia Krzyża Świętego. Obydwie pustelnice współpracują ze sobą – np. organizując „Bazarki pustelnicze” w Bryksach przed świętami Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Podczas ostatniego przedświątecznego „Bazarku” zagadnąłem s. Marcelę o możliwość rozmowy na temat jej życia pustelniczego. Zgodziła się – co przecież wcale nie jest oczywiste, bo pustelnicy i pustelnice unikają rozgłosu i medialnego zgiełku. S. Marcela ma wręcz zapis w swojej regule – którą pustelnicy piszą sami dla siebie, a biskupi miejscowi ją zatwierdzają – że nie będzie publikować zdjęć swojej twarzy w żadnych mediach. Siedzę w medialnym świecie już sporo lat i dobrze ten zapis rozumiem – zwłaszcza w czasach oszalałych social-mediów.
Rozmawiamy przez półtorej godziny. Tematy płyną jeden za drugim, co chwila wpada jakiś nowy wątek. Nie czuję bariery, dystansu, obawy, spojrzenia z góry, traktowania z wyższością (w stylu: „a co pan może z tego zrozumieć…”), nie ma górnolotnej, niedostępnej mowy. Przeciwnie: widzę pogodną twarz, niewymuszony śmiech, słyszę żarty. Czuję życzliwość – nie wymuszoną, a tym bardziej nie sztuczną albo wręcz udawaną. I radość. Dopiero na koniec pytam o ważnych mistrzów życia duchowego i siostra na pierwszym miejscu wymienia św. Franciszka z Asyżu. To mi się zgadza. Siostra wyjaśnia: - Wybór Franciszka jest oparty o jego pełną prostoty miłość do Ukrzyżowanego, o jego miłość ewangeliczną do człowieka, ubóstwo, ale też jego niezwykły dar życia w harmonii z całym światem stworzonym, na który też byłam i pozostaje wrażliwa. Nie chodzi tu o gonitwę za motylami na boso, bardziej chodzi o umiejętność dostrzegania Bożego Autorstwa we wszystkim co nas pokornie otula , powietrze, słońce, woda, drzewa, zwierzęta. Franciszek we wszystkim czytał Boga!
Pytam s. Marcelę o powód dla którego zdecydowała się na życie pustelnicy.
- Po prostu na pewnym etapie zaczęło do mnie docierać, jak bardzo Jezus nas wszystkich kocha. Ale jak sobie to przełożyłam na bardzo osobistą relację - jak bardzo Jezus mnie kocha, jak do mnie docierała ta prawda bycia kochaną za nic i że to bez przerwy się dzieje - to mnie to zraniło. Można powiedzieć wprost, że mnie miłość Boża zraniła. Nie było żadnych grotów anielskiej włóczni przebijających serce jak w wizji św. Teresy z Avila, żadnych serafinów, niczego takiego. Bez bujania w obłokach i motyli w brzuchu. A jednocześnie, jak odkrywałam bardzo osobistą relację z Jezusem, w Eucharystii - to ta miłość mnie powalała i bolała. Stwierdziłam, że skoro tak Jezus mnie kocha, to ja chcę odpowiedzieć na tą miłość. I nie widziałam innej możliwości jak iść na pustelnię. Dla mnie to było maksimum mojej odpowiedzi. To nie jest cel sam w sobie, ale forma, która pomoże mi odpowiedzieć w sposób maksymalny na miłość Boga – tłumaczy mi s. Marcela. Była przez sporo lat zakonnicą w zgromadzeniu, potem zaczęła odczuwać, że chce czegoś więcej. Dlatego była przez 3 i pół roku rekluzką (czyli żyła w całkowitym zamknięciu w celi) u kamedułek, potem przez 5 lat pustelnicą w ramach własnego zgromadzenia, a od niecałych dwóch lat jest pustelnicą w diecezji opolskiej. – Biskup Andrzej Czaja bardzo szybko odpisał na mój email, mimo, że sam wtedy był na pograniczu życia i śmierci, jeździł między szpitalami – mówi siostra.
W Bryksach s. Marcela żyje, jak mówi, z Opatrzności Bożej i pracy własnych rąk (ogród, wyroby artystyczne). Dobrzy ludzie ofiarowują pieniądze i dary natury. Ale siostra Marcela nie prosi o wsparcie, nie apeluje, nie robi zbiórek. – Miałam kiedyś już tylko parę złotych w kieszeni, w lodówce też raczej przestronnie i mówię wtedy do Jezusa: „No, co? Ty nie widzisz, co się dzieje?” – śmieje się s. Marcela. Wkrótce ktoś przysłał przelew.
Życie w świadomości obecności Bożej – a dokładniej: w sakramentalnej, substancjalnej obecności Pana Jezusa – jest dla siostry Marceli istotą i najgłębszym sensem życia na pustelni. – Nie ma żadnych wizji, uczuć, przeżyć. Tu wszystko jest powtarzalne, proste, wręcz nudne. I to jest trudne w życiu pustelniczym. Tu nic się nie dzieje. Nie ma niczego, co nakarmi zmysły czy ludzką naturę. Pustelnia to jest wybór, oddzielenie tego, co jest prawdziwym byciem z Bogiem – że jest Bóg i ja jestem – od tych wszystkich wspomagaczy modlitwy, gdzie coś nie jest wcale modlitwą. Ja np. jestem bardzo wrażliwa muzycznie i bardzo długo karmiłam swoją duchową wrażliwość podnietą muzyczną. Koniec. Ja to wszystko zostawiłam na swojej próbie w rekluzji. Bo zobaczyłam, że to jeszcze nie jest bycie z Bogiem. Dla mnie najbardziej odpowiednią formą spotkania z Bogiem jest cisza – mówi pustelnica.
Kilka razy podkreśla, że życia na pustelni nie można romantyzować czy idealizować pustelników. Przytacza mi anegdotę o. Michała Krajewskiego OFM Conv. , niedawno zmarłego pustelnika, jej kierownika duchowego i spowiednika. W książce ” Ludzie wielkiej ciszy. Jak żyją współcześni pustelnicy” Jana Nalepy (wyd. es pe, 2024) tak opowiadał o sobie:
„Umarłem, idę do nieba. A tam napis: wielka promocja, przyjmujemy wszystkich grzeszników, celników, złodziei, po prostu wszystkich. Zapewniamy zbawienie pokutującym za darmo. Ale małym druczkiem pod spodem napisano: pustelników nie przyjmujemy. O matko, no to na nic te posty, asceza, nocne czuwania. No i wychodzę zrezygnowany, a święty Piotr woła za mną: Michał, chodź, chodź do nas, wracaj. - Ale przecież jest napisane, że pustelników nie przyjmujecie?. - Daj spokój, jaki tam z ciebie był pustelnik!”
- No i tym optymistycznym akcentem możemy spuentować. Jak on tak o sobie mówił, to co dopiero ja – myszka mała, nie? Chcę powiedzieć, że wszystko można jakoś ładnie nazwać, ale sednem wszystkiego jest, był i będzie zawsze Pan Bóg – uśmiecha się do mnie siostra Marcela od Trójcy Przenajświętszej. Te barokowe imiona wydają mi się trochę odstraszające, ale pustelnicy z Bryksów się nie boję. A wręcz przeciwnie.