Ściśle biorąc, urodziłem się w Zabrzu nie przy samej ul. Roosevelta, ale przy uliczce z niej odchodzącej w stronę hałd kopalni „Makoszowy”– przy Zawiszy Czarnego. Nieważne. Kto ten teren zna, to wie: to jest rzut beretem od najsłynniejszego obiektu przy Roosevelta – stadionu „Górnika” Zabrze. A potem ochrzcili mnie w kościele św. Józefa, który stoi naprzeciw stadionu, po drugiej stronie ulicy. Nic dziwnego, że przez pierwsze kilkanaście lat byłem zagorzałym kibicem zabrzańskiego klubu. Miałem 9 lat i byłem na Stadionie Śląskim na półfinale europejskiego Pucharu Zdobywców Pucharów z AS Romą. Płakałem jak deszcz na wiedeńskim Praterze, wtedy, gdy Lubański, Kostka, Oślizło, Szołtysik, Banaś i inni przegrali tam w finale z Manchester City 1:2. Ale żaden polski klub nigdy potem ani przedtem nie zaszedł tak wysoko i daleko.
Zatem kiedy w minioną sobotę Górnik – po 54 latach – zdobył w Warszawie Puchar Polski, i kiedy ten puchar razem z Łukaszem Podolskim (który ma swoją bliską rodzinę w Olszowej k. Strzelec Opolskich) podnosił Stanisław Oślizło, legendarny kapitan i stoper „Górnika”, zakręciły się łzy w oczkach moich. Normalna rzecz. To Oślizło wybrał tę stronę monety, która przeważyła los na korzyść „Górnika” po trzecim meczu w półfinale z „Romą” w Strasburgu!
Potem widywałem pana Stanisława na pielgrzymkach mężczyzn na Górę Świętej Anny, np. kiedy przynosił w procesji z darami ołtarza futbolówkę abp Alfonsowi Nossolowi. A nieco później widziałem go w ławkach „mojego” kościoła św. Józefa, kiedy następny biskup opolski Andrzej Czaja święcił nowy stadion „Górnika”. Wiąże się z tym fajna historia, ale muszę zmierzać „do brzegu”, bo utonę ze wspomnieniach.
„Górnika” zdradziłem. Na rzecz OKS „Odra” Opole. Tego sektora kibiców, w którym zasiadałem, wtedy „kibolami” nie nazywano. Ale wchodziłem w ten „kibolski” klimat – co mogło skończyć się źle, ale skończyło się nawet dobrze. Tylko raz dostałem w dziób od kibica „Śląska” Wrocław na peronie dworca w Opolu, bo miałem czerwono-niebieski szalik, i tylko raz kibice „Ruchu” Chorzów obrzucili pociąg z nami, kibicami z Opola (których wyzywali od „goroli” – wyobraźcie sobie!) kamieniami. W bandyckim – niestety, to trzeba przyznać – ataku najgorszego sortu kibiców opolskich na autokar „Zagłębia” Sosnowiec nie uczestniczyłem. A w grę wchodziły tam wtedy siekiery, kastety, łańcuchy i ranni ludzie.... Trzeba o tym napisać, żeby nie był ten tekst zbyt przeromantyzowany.
Na szczęście ten etap życia przerwałem dzięki Oazie. Ustatkowałem się i odtąd jestem kibicem kulturalnym. Co nie znaczy, że bez emocji. Wręcz przeciwnie. Emocje poszły wgłąb – co nie znaczy, że są niewidoczne. Bywają i to bardzo. O tym już za chwilę, jeszcze nie przełączajcie kanałów, proszę.
Od dwóch z górką lat jestem – z powodów zbyt skomplikowanych i trudnych do wytłumaczenia, ale realnych, życiowych i osobistych – kibicem Sevilla FC. To jeden z najbardziej utytułowanych klubów europejskich. W ostatnich dwóch dekadach zdobyli 7 europejskich pucharów (ostatni 3 lata temu) i raz Superpuchar Europy.
Dzisiaj – na pięć kolejek przed końcem rozgrywek ligowych – grają mecz, który muszą wygrać, żeby przedłużyć szanse na… utrzymanie się w pierwszej lidze hiszpańskiej - Primera División. Szanse słabe, trzeba dodać. Mają 4 punkty (!) straty do następnego klubu, który jest w strefie niespadkowej. Wygląda to ciężko. Ostatni mecz przegrali na 10 sekund przed końcem doliczonego czasu gry. Załamka totalna, a gra drużyny wygląda mizernie.
I teraz to, co w futbolu jest – ale przecież nie zawsze takie bywa – najpiękniejsze. Kibice Sewilli, a przynajmniej wielka ich część – wściekli oczywiście na zarząd klubu za decyzje kadrowe, kasę etc. – nie ulegli melancholii i zniechęceniu. Bilety na mecz nawet nie ostatniej szansy, ale szansy na jakąkolwiek szansę - wyprzedane. Prawie 50 tysięcy ludzi przyjdzie na mecz, który może być ostatnim gwoździem do trumny. W czasie treningów stadion Sánchez Pizjuán otoczony jest setkami wspierających kibiców. Autokar z wyjeżdżającymi z treningu piłkarzami nie jest wygwizdywany, ale tonie we mgle czerwonych rac i śpiewie „sewilistas”.
Czytam deklaracje kibiców - godne hiszpańskiego temperamentu, umiejętności robienia dramatu i emocjonalnej ekspresji na najwyższych poziomach. „Byliśmy z wami w niebie, pójdziemy i do piekła”, „Jeśli nadejdzie klęska, przyjmiemy ją stojąc”.
Zakładam za chwilę karminową koszulkę Sevilla FC z pięknym herbem na którym jest m.in. św. Izydor z Sewilli i powtarzam – dla siebie - motto klubu. „Nunca te rindas” – „Nigdy się nie poddawaj”.
To tylko gra. Ale to jest gra, która – jak mawiał i pisał Jerzy Pilch – jest eschatologiczną grą. Poniekąd objawia nam prawdy ostateczne i pozwala je realnie przeżywać. Potrafi pogrążać w rozpaczy, a potem rozniecać nadzieję, pozwala z osłupieniem lub uwielbieniem oglądać jak niepozorny, przypadkowy ruch, błąd lub zagranie fenomenalne odmieniają bieg spraw.
Vamos, mi Sevilla!
Futbolowy mix. Abp Alfons Nossol, Stanisław Oślizło, bp Andrzej Czaja, Górnik Zabrze i Sevilla FC!Gość Opolski









