• facebook
  • rss
  • Drżenie serca

    dodane 26.05.2016 00:00

    Mariusz Wlazły o ojcostwie, duchu wspólnoty w zespole oraz wierze.

    Karina Grytz-Jurkowska: Jak godzisz pracę z życiem rodzinnym?

    Mariusz Wlazły: Podczas sezonu trudno być „normalnym” ojcem, dużo wyjeżdżam na zgrupowania czy mecze, więc nie mogę spędzać z dziećmi tyle czasu, ile bym chciał, dlatego kiedy wracam, staram się to nadrobić. Na drugie narodziny syna byłem już bardziej przygotowany, przy pierwszym synu słyszałem od znajomych, że dziecko wywraca świat do góry nogami, ale nie sądziłem, że aż tak. To trudne, ale fajne – móc wychowywać własne dzieci, służyć im swoją pomocą.

    Co jest priorytetem?

    W sytuacjach awaryjnych staramy się dojść do kompromisu. Koledzy, trener rozumieją, że rodzina jest najważniejsza i na miarę możliwości starają się pomóc. Tak było, gdy mojemu synowi przydarzył się wypadek. Nie byłem swoim samochodem, ale od razu znalazł się jakiś środek transportu, żebym mógł wrócić do domu i być przy synku i żonie, zamiast na meczu.

    Jak układają się relacje w „sportowej rodzinie”?

    Oczywiście jest pewna rywalizacja na danej pozycji, ale w drużynie każdy pracuje na całość, na sukces zespołu. Jest wiele indywidualności, różnych charakterów. Sztuka w tym, żeby dopasować się tak, by osiągać wspólny cel. W sporcie indywidualnym jest inaczej, tu jeśli ktoś ma słabszy dzień, inni mogą starać się go osłonić, schować, żeby przeciwnik się nie zorientował i tego nie wykorzystał. To jest fajne.

    Jak to jest występować z orzełkiem na piersi?

    Jak już do tego doszło, bo wymagało wiele trudu, to było niesamowite uczucie. Kiedy się wychodzi na mecz i kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy kibiców śpiewa hymn, to całe ciało drży. To adrenalina porównywalna ze skokiem na spadochronie.

    Deklarujesz się jako osoba wierząca...

    Wiara jest dla mnie ważna. Większość z nas wychowała się w rodzinach chrześcijańskich i to od najmłodszych lat nas kształtowało. Oczywiście w pewnej chwili trzeba zapoznać się z innymi religiami, żeby wybrać już świadomie. Chyba mówienie otwarcie o tym jest korzyścią dla innych wierzących. I myślę, że to, że wygraliśmy mistrzostwa, to też Pan Bóg dał.

    Chciałbyś, by twoi synowie grali w siatkówkę?

    Ja jako ojciec chciałbym, żeby robili to, co będą chcieli robić, co będą kochali. Czy będą grać na skrzypcach, czy zostaną naukowcami, czy zupełnie coś innego – będę ich wspierał. Fajnie byłoby, żeby mieli pociąg do siatkówki, bo mógłbym im pomóc, ale wiem z iloma wyrzeczeniami to się wiąże i namawiać ich do tego nie będę. Chcę, by świadomie wybrali drogę, którą chcą pójść.

    Kto jest dla Ciebie autorytetem?

    Na pewno moi rodzice. Cenię ich bardzo za to, jak mnie wychowali, bo przyznaję – nie byłem „prostym” dzieckiem, miałem swoje lepsze i gorsze dni. Ale ich cierpliwość w stosunku do mnie się opłaciła i teraz ja staram się ją przelewać na moje dzieci.

     

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół