• facebook
  • rss
  • Bez etykietki

    Karina Grytz-Jurkowska

    |

    Gość Opolski 06/2017

    dodane 09.02.2017 00:00

    Czasem trzeba bardzo niewiele, by sprawić, żeby człowiek bezdomny nie czuł się jak trędowaty wśród innych. Wystarczy, że będzie miał do dyspozycji trochę ciepłej wody, mydła, świeże ubranie – i już może, niezauważony, wtopić się w tłum.

    Środa. Pogodny, zimowy dzień, nawet niespecjalnie mroźny. Tuż obok rynku, w szarej, niewielkiej kamienicy kolejny raz dzwoni domofon. Nim ktoś uruchomi mechanizm, drzwi otwiera od środka mężczyzna w średnim wieku, stojący na niewielkim korytarzu. Wzdłuż ścian krzesła, na środku stoliczek, na nim jednorazowe kubeczki i termos, cukier, jakaś gazeta. Przez szybę w drzwiach i okno widać urokliwy kanał Młynówka, w oddali wieżę Piastowskę i gmach Urzędu Marszałkowskiego. Kilka osób siedzi i czeka, to rozmawiając, to znów milcząc. Głównie mężczyźni, starsi, w sile wieku, czasem ktoś młody. Co jakiś czas któryś wchodzi do pomieszczenia w głębi, ktoś inny wychodzi, już nieco zmieniony.

    Luksus

    Tak wygląda zwykły dzień w łaźni dla osób bezdomnych, którą Caritas Diecezji Opolskiej przy wsparciu wiernych i sponsorów uruchomiła w listopadzie. Od tego czasu ma stałych bywalców, którzy bardzo chwalą sobie to miejsce. Mimo że w samym centrum, nie rzuca się w oczy, a dla ludzi, którzy nie mają dostępu do ciepłej, bieżącej wody, odgrywa ogromną rolę. Docierają tu osoby z całego miasta, żałując, że takiego punktu nie ma też gdzieś bliżej nich. – To bardzo dobra rzecz – chwali pan Zenek. – W zeszłym roku to w kanale trzeba się było myć czy nad jakąś inną wodą. Albo się szło do ubikacji w jakimś publicznym miejscu. Jak się miało dwa ręczniki, to jeden się moczyło w ciepłej wodzie, wkładało do woreczka i szło do kabiny. Tam się przetarło na mokro, drugim wytarło i takie to było mycie. Gorzej z ciuchami – latem starczyło przeprać gdziekolwiek, rzucić na krzak w parku i za chwilę było suche, gorzej zimą. Teraz mamy luksus, wykąpać się można porządnie, ogolić, a jeszcze ma przychodzić fryzjer – dopowiada. – Długo to trwało, ale wreszcie się udało. I teraz wy tu jesteście gospodarzami. Sami musicie dbać o to, żeby był porządek tutaj – uśmiecha się Artur Wilpert z opolskiej Caritas, który zajrzał na chwilę. To dzieło, w które z ks. Arnoldem Drechslerem, dyrektorem opolskiej Caritas, włożył całe serce. I teraz cieszy go, że bezdomni tak chętnie z tego korzystają, że regularnie przychodzą. Bo to dla nich powstała cała ta infrastruktura – kącik medyczny, w którym można opatrzyć ranę czy dostać środek przeciwbólowy i ciuchy na zmianę, napić się czegoś ciepłego, a jak jest jakiś problem, to i zasięgnąć porady. Teraz, po kilku tygodniach, stali klienci są schludni, czyści, nie pasują do stereotypu zaniedbanego bezdomnego. Tym łatwiej im przetrwać zimowe dni między ludźmi, w budynkach. Bo nie przeszkadza ktoś, kto – jak określają dosadnie – „nie śmierdzi, nie drapie się jak małpa i nie chodzi brudny”.

    Troska

    – Nie było cię ostatnio, Mieciu, podobno coś ci się stało? – zagaduje pan Zenek, siedzący przy ścianie. – No, w szpitalu byłem, bo szedłem sobie i nagle się przewróciłem. Ludzie pomogli mi wstać, mówię: „dojdę do ławki sam”, a tu znów leżę jak długi. To wezwali karetkę i tak dwa tygodnie byłem w szpitalu – zaczyna. I opowiada o pobycie tam, współpacjentach, pielęgniarkach, kroplówkach i jedzeniu... – Dobre było, ale ile tam wszystkiego zostaje, bo nie każdy zjada... – Ja też tak miałem, jak byłem w szpitalu. Miałem apetyt, więc współpacjenci zostawiali mi, jak czegoś nie jedli. Mówię „wchodzę w ten interes”. Dobrze tam miałem – ożywia się pan Zenek. – Ale co... – ciągnie pan Mieciu. – Wyszedłem, a dalej nie wiem, na co byłem chory, bo lekarz mówił tak, że nie zrozumiałem, a na wypisie druczek drobny i nie umiem przeczytać. Ty masz młode oczy, zobacz i mi powiedz – mówi do chłopaka po lewej. Gdy ten czyta, pan Mietek opowiada, że po szpitalu pojechał do noclegowni do Bielic, by choć chwilę mieć dach nad głową, ale wszystkie miejsca były zajęte. Na szczęście dało się przenocować, tyle że na materacu, za schodami. Teraz jeszcze musi wykupić lekarstwa. A gdzie Pomysław? – zmieniają nagle temat czekający. Gdzie... – i tu pada kolejne imię bądź przezwisko. Tego ktoś widział dwa dni temu, ten może będzie za godzinę „na zupie”, tamten podobno wyjechał. Widać, że się znają. – Znamy się z jadłodajni, z miasta, wprawdzie najczęściej tylko z imienia, ale to zupełnie wystarczy. Latem spotykamy się na ławce, pogramy w szachy, w karty. Tylko tu mam daleko, bo z ZWM-u jest kawał drogi – mówi, susząc włosy, jedyna spotkana tego dnia w łaźni kobieta. O tym, jak wygląda ich dzień, opowiadają bardzo lakonicznie: Idziemy na zupę, np. u franciszkanów, albo na kanapki. Karmią od serca, solidna porcja, to można się najeść. Wcześniej można posiedzieć, ogrzać się, napić ciepłej herbaty, pogadać. A potem człowiek się szwenda po mieście. Śpią różnie, jedni w pustostanach, inni na klatkach, tylko o to trudniej, bo jak nocujący tam wcześniej pił, zrobił burdę albo nabrudził, to potem mieszkańcy przeganiają wszystkich.

    Bezdroża

    Powody, dlaczego trafili na ulicę, są różne, każdy ma swoją historię, nie każdy chce ją wspominać. Pan Mietek przyjechał z Paczkowa. Jego rodzice uciekli z Kresów przed bandami UPA i osiedli na Opolszczyźnie, w Trzeboszowicach koło Nysy. Gospodarstwo, do którego trafili, było dobre, urodzajna ziemia, krowy dające dużo mleka. – A dziadek wszystko przegrał w karty – wspomina wnuk przesiedleńca. Rodzice i brat już nie żyją, z drugim nie chce utrzymywać kontaktu. Wolał zaczepić się w Opolu. Najłatwiej znaleźć go w opolskiej katedrze. I tak tu żyje... Jak? – opowiadać nie chce. Cieszy się, bo dostał koszulę i czapkę. – Założę ją w niedzielę – mówi. Pan Zenek pochodzi z Wodzisławia. Trafił do Opola, bo ktoś miał mu tu załatwić robotę, ale okazało się to oszustwem. O inną pracę trudno, mimo że jest murarzem, bo pracodawcy wolą kogoś, kto ma jeszcze prawo jazdy albo kurs operatora wózka widłowego. Janusz, przebojowy opolanin, nawet ma rodzinę w tym mieście, żony nie chce znać, ale córkę czasem odwiedza. Żałuje, że syn mieszka daleko. Do łaźni przyprowadził Marka – cichego, lekko uśmiechniętego i jakby zagubionego człowieka. – Latem można wziąć ręcznik i jechać na Kamionkę czy nad inną wodę, ale takie łaźnie, choćby mniejsze, powinny być w kilku osiedlach, bo przyjście tu np. z Metalchemu zajmuje parę godzin, a pieniędzy na autobus szkoda. A Marka wziąłem ze sobą, żeby się w Odrę nie rzucił, bo mu się żyć nie chciało. A co tu się smucić, stresować? – rzuca. Przyczesuje mu włosy grzebykiem i idą dalej. Wśród wchodzących są i młodzi. Mirosław, wysoki chłopak, „na oko” dwudziestoparoletni, szybko się uwija z myciem, ale nie śpieszy się, podobnie jak inni. Bez domu żyje już dwa lata, chłopak, z którym gada przez chwilę – od dwunastu. Co spowodowało, że się znaleźli w takiej sytuacji? – Zwyczajnie, głupota – mówi cicho, skłaniając głowę. Czekają jeszcze na dwóch kolegów, wychodzą „na papierosa”. – Idziecie dzisiaj do franciszkanów? – pada pytanie na odchodne. – Tak, za chwilę – odpowiadają.

    Świadectwo

    – Przychodzą tu i tak trzymają się razem ci młodzi, ich czterech i jedna dziewczyna. Szkoda, całe życie przed nimi i taki kiepski start. Powinni żyć w zupełnie innych warunkach. Ale wielu żyje tak, bo im pasuje – przyznaje pan Andrzej. To on na co dzień dopilnowuje wszystkiego w łaźni. Ponieważ sam był przez jakiś czas bezdomny, dobrze rozumie korzystających z niej. Nie wypytuje, nie ocenia, dba o nich, ale też pilnuje, żeby był porządek. O sobie opowiada krótko – trzy lata temu stracił pracę, nie płacił za mieszkanie, to i je stracił. Pomieszkuje u kolegi, a korzystając z kuchni Caritas przy ul. Mickiewicza, zaczął pomagać w rozładunkach i innych pracach. Dalej jest wielkim wsparciem dla Artura Wilperta. – Przynajmniej miałem czym się zająć, a przy okazji mogłem być w cieple, czasem się coś dostało, zjadło, człowiek się czuł potrzebny i czas inaczej płynął. A nie tylko zjeść, zapalić, zdobyć pieniądze na najtańszą nalewkę – tłumaczy. Dzięki pracy w łaźni ma nadzieję powoli wyjść na prostą. O tym, co daje łaźnia, świadczy choćby epizod, o którym wspomina Artur Wilpert. – Któregoś dnia przyszedł do niej jeden z naszych podopiecznych, Bogdan, ale wyglądał fatalnie, blady tak, że postanowiliśmy wysłać go do szpitala. Przyjechała Straż Miejska, ale nim go wzięli, zdążył siedząc na krześle wziąć prysznic. Po południu dyżurna pielęgniarka zadzwoniła do mnie, informując, gdzie leży, i dodała: „Proszę pana, pacjenta w takim stanie jeszcze nigdy nam strażnicy nie przywieźli”. Przestraszyłem się, czy jest tak źle, na co ona mówi: „Nie, że taki czysty, prawie pachnący!”. To dla nas najlepsze świadectwo – przyznaje.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół