• facebook
  • rss
  • Dotrzymane obietnice

    Karina Grytz-Jurkowska

    |

    Gość Opolski 27/2017

    dodane 06.07.2017 00:00

    To dziękczynne wotum dla Matki Bożej Nieustającej Pomocy za ocalenie.

    Przekonanie o opiece Maryi mieszkańcy Rzymkowic mieli od dawna. Dlatego, gdy podczas II wojny światowej, na początku 1945 roku, słyszeli o froncie i zbliżającej się Armii Czerwonej, wszyscy wierni, a było ich wówczas ok. 1500 (dziś ok. 500), z proboszczem ks. Alfonsem Kisielem zebrali się w kościele parafialnym, by złożyć ślubowanie. Była niedziela 25 lutego 1945 r. Podnieść rękę do przysięgi mógł każdy, kto skończył 8 lat.

    Najpierw słowo

    „Jeżeli Pan Bóg naszą wioskę, nasz dobytek i rodzinne strony oraz nas wszystkich uchowa od nieszczęść wojennych i zniszczeń, to ślubujemy wybudować kaplicę Matce Bożej Nieustającej Pomocy, gdzie w dniu Jej święta 27 czerwca będzie odprawiana Msza Święta” – tak brzmiał tekst przyrzeczenia.

    – Miałem wtedy ok. 12–13 lat i byłem ministrantem. Każdy się bał. Gdy zbliżało się wojsko radzieckie, ks. Kisiel wziął Najświętszy Sakrament, szedł z nim przez wieś i błogosławił. I tak było, że żołnierze przyszli, nawet mieszkali w naszym domu, jakaś bomba spadła na łąkę za wsią, uszkodzone były trochę trzy domy, młode dziołchy się chowały przed wojakami, ale był spokój, wieś ocalała – wspomina Alfred Fraj. Skoro front szczęśliwie przeszedł, mieszkańcy rozpoczęli budowę kaplicy w miejscu na końcu wsi, przy rozstajach i starym drewnianym krzyżu, gdzie byli pochowani Szwedzi z czasów wojny 30-letniej. Wydobywając żwir, znaleziono tam zamknięte skrzynie ze szkieletami... Materiały (cegły, dachówki, drewno) sprowadzano furmankami z Łambinowic, z likwidowanego obozu (dziś Centralne Muzeum Jeńców Wojennych). – Zaraz wiosną wszyscy wzięli się za budowę. Także mój ojciec, Paweł Fraj, mularz, gdy tylko wrócił cały z wojny. On wcześniej „za Niemca” budował te baraki w obozie Lamsdorf (Łambinowice), więc wiedział, gdzie cegłówki są luźno pokładzione. Część materiałów była kupiona legalnie od stacjonujących tam Rosjan, część wynieśli cichaczem, nosząc strażnikom gęsi za przymknięcie na to oka. Nawet drzwi wejściowe pochodzą z tamtejszej kantyny, służąc teraz na chwałę Bożą – opowiada Gertruda Fraj, wówczas 14-letnia. – Miejsce pod budowę ofiarowały rodziny Lisoń, z piaskowni na okolicznych polach zwoziło się piasek, a cegły my – dzieci podawaliśmy budowniczym. Do dziś widzę sąsiada, Roberta Hejnę, jak nakłada krzyż na szczyt kaplicy – dodaje 83-letni Alfred Fraj, jej brat.

    Ona dalej czuwa

    – Miałam wtedy 10 lat, ojciec też pracował przy kaplicy i my tam pomagaliśmy. Budową zarządzał ks. A. Kisiel i sołtys Anton Koczula. Było za co dziękować, bo wsi nie zniszczono, nas nie wygnano. Przez to, nie patrząc na domowe obowiązki, wszyscy się angażowali. A nie było ani maszyn, ani pieniędzy – opowiada pochodząca z Rzymkowic Krystyna Sprynger (z domu Dziony).

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół