Nowy numer 43/2020 Archiwum

Pielgrzymka do wolności

– Miesiąc drogi jest dobry, ale jeszcze lepsze byłyby trzy miesiące – mówi Marek Czarniecki z Kędzierzyna-Koźla.

Wolność w tytule nie jest żadną przenośnią. Dzięki miesięcznej wędrówce Drogą św. Jakuba – od Lublina do Zgorzelca – Michał będzie miał darowany rok z trzech lat kary więzienia i warunkowo wychodzi na wolność. Ma 23 lata, jest jednym z 10 młodocianych więźniów z aresztu śledczego w Lublinie, którzy biorą udział w nowatorskim na terenie Polski programie resocjalizacji pn. „Nowa droga”. Więcej mediom o sobie nie chce opowiadać. Ma może niecałe dwa metry wzrostu, na sobie sportowy strój, na plecaku muszlę św. Jakuba – jak rasowy pielgrzym do grobu świętego w Santiago de Compostela.

Pielgrzymkowa grupa dwuosobowa

Michał nie idzie szlakiem św. Jakuba sam. W drodze – tak jak pozostałym więźniom z „Nowej Drogi” – towarzyszy mu tzw. opiekun. Jest nim Marek Czarniecki z Kędzierzyna-Koźla, po resocjalizacji na Uniwersytecie Opolskim. Z obydwoma pielgrzymami spotykam się na rynku w Oławie, który wypada mniej więcej na 620 kilometrze ich szlaku. – To najdłuższy etap, z Brzegu do Wrocławia, będzie ok. 43 kilometrów. Ale najtrudniej było przejść z Góry Świętej Anny do Opola. Niesamowicie grzało, wypiliśmy wtedy po 7 litrów wody – opowiada Marek. Śpią głównie przyjmowani przez księży proboszczów na plebaniach. O noclegi dba koordynator pielgrzymek więźniów, więc jeden kłopot mają z głowy. – Na pielgrzymkach byłem dwa razy. Religijnie przeżywało się to dobrze, ale marsz był za wolny. Dlatego wolę mniejsze grupy – śmieje się Michał. Wędrówki ma we krwi. – Chodzę na trasy, w góry, od 7. roku życia. Przeszedłem wiele dróg w Polsce i w Europie – mówi. Pasja wędrowania sprawiła, że chciał spróbować swoich sił w programie resocjalizacyjnym. Chciał też zyskać nowe doświadczenie w swoim zawodzie. Jak to jest iść z kimś nieznajomym, w dodatku więźniem na warunkowym zwolnieniu, przez 30 dni we dwójkę, prawie sam na sam 24 godziny na dobę? – Póki co, dobrze się dogadujemy, nie było żadnych problemów. Fizycznie jesteśmy mocni – mówi Marek Czarniecki. Trasa nie jest wytyczona sztywno, niekiedy muszą zmienić szlak. Poprzednia para pielgrzymująca z Lublina do Wrocławia przeszła 878 km.

Otwarty na drogę

Tylko co 10. skazany po wyjściu z więzienia znajduje pracę. Wielu wraca na przestępczą drogę. „Nowa droga” to propozycja złożona z 5 etapów: przygotowanie do pielgrzymki w areszcie śledczym (5 miesięcy), pielgrzymka (1 miesiąc), kurs przygotowujący do pracy u przedsiębiorcy uczestniczącego w projekcie (1 miesiąc), praktyka zawodowa (5 miesięcy) i rok zatrudnienia wspieranego przez Urząd Pracy. – W programie biorą udział skazani za mniejsze przestępstwa. Musieli oczywiście uzyskać opinię psychologa, mieć dobrą opinię z aresztu. Sami chcą iść na tę pielgrzymkę. Najważniejsze, żeby udało mi się jakoś do niego dotrzeć. Żeby on miał czas i chciał przemyśleć swoje życie – mówi Marek Czarniecki. Po drodze wchodzą do kościołów. – Na parę minut. Sam może posiedziałbym dłużej, ale nie chcę Michała zanudzić. Jestem wierzącym człowiekiem i czasem opowiadam mu o Panu Bogu. I on chce słuchać. Kiedy przy posiłku przeżegnał się, dla mnie był to niesamowity widok – opowiada. – To są ludzie, którzy od kilku, czasem od kilkunastu lat siedzieli w środowisku zdemoralizowanym. Teraz trzeba pokazać, że życie ma też inne strony. Że na przykład może być ciekawie, śmiesznie i wesoło bez alkoholu – podkreśla. W czasie pierwszego spotkania Marek powiedział Michałowi na wstępie: bądź otwarty na tę drogę. – Albo chce zmienić swoje życie albo nie. Takie ma przed sobą dwie drogi – mówi Michał.

Czy droga zmieni Michała?

Odpowiedzi mogę się tylko domyślać z relacji towarzyszącego mu w drodze Marka. – Miesiąc to trochę za krótko, żeby zmienić wieloletnie nawyki. Trzy miesiące byłyby lepsze. Tyle wędrują więźniowie we Francji, skąd zaczerpnięto pomysł – opowiada. Notabene – współczesny francuski projekt resocjalizacyjny nie jest nowością. Już w średniowieczu skazani szli do grobu św. Jakuba. – Michał mówi mi, że w życiu jeszcze nie widział tak dobrych ludzi, jakich spotkał w czasie tej pielgrzymki – opowiada Marek. Żadne tam wielkie rzeczy. Na przykład kioskarka jeszcze pod Lublinem, kiedy dowiedziała się, że idą do Zgorzelca, dała im na drogę „mentosy”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama