Nowy numer 48/2020 Archiwum

Na wprost aniołów

– Ty wiesz, że to grał Staszek Ożga? Ładnie śpiewa, ale do niczego gra. – Nie, gra dobrze, tylko śpiewa kiepsko.

To komentarze, jakie po debiucie usłyszał młody Staszek Ożga. W tym roku uznany grodkowski organista i dyrygent obchodzi złoty jubileusz pracy artystycznej. – Dało mi to do myślenia, że niezależnie od ćwiczeń wszystkim się nie dogodzi – stwierdza muzyk.

Powołanie

I opowiada o początkach swojej przygody z organami: – Lubiłem swój kościół w Wiązowie, ale nie byłem ministrantem, a podczas religii chowałem się na chórku. Raz patrzę, szafa organowa otwarta, więc zerknąłem do środka i na tym przyłapał mnie proboszcz. Dostałem linijką po łapach i na tym się skończyło – wspomina.

Tu nastąpiła przerwa „w karierze” do 1965 roku, gdy niemal pełnoletniemu chłopcu przyśniła się zmarła babcia.

– Byliśmy w jakimś dużym kościele, na chórze, ja siedzę przy organach i gram, a ona siedzi obok mnie i śpiewa. A przede mną dwa duże anioły przed prezbiterium. Ten sen nie dał mi spokoju. Pracowałem wtedy w zakładach samochodowych i jeździłem z synem przewodniczącego rady parafialnej, więc zapytałem go, czy nie przyda się organista. Stwierdził, że skoro gram na akordeonie, to może się nadam. Przekazał to ojcu, ten prałatowi i tak się zaczęło – opowiada jubilat. Wkrótce ksiądz wysłał chłopaka do szkoły organistowskiej we Wrocławiu. Debiut miał miejsce na Pasterce.

Gdy po pięciu latach przeprowadził się do Grodkowa, spotkany organmistrz, który był wcześniej na jego koncercie, zaproponował, by zagrał na grodkowskich organach. Po przesłuchaniu został zaakceptowany. – I odtąd gram tu – już 45 lat. Największe wrażenie zrobiły na mnie te anioły, które zobaczyłem przed sobą, patrząc na ołtarz – wspomina organista.

Magia sceny

Stanisław Ożga zadbał o to, by w parafii nie brakło muzycznych wydarzeń, koncertów. W 1971 r. założył jedną z pierwszych scholi w diecezji. Z niej uformował w latach 80. chór „Cecyliański”, który prowadził 25 lat, występując na licznych koncertach i konkursach. Pod jego batutą powstała też orkiestra parafialna i zespół śpiewaczy seniorów „Jesienne róże”. Dopiero po zawale serca musiał zrezygnować z części aktywności.

Z tych lat zostało wiele historii, choćby występ z „Jesiennymi różami” w katowickim Spodku. Wiedząc, że jego seniorzy nie nawykli do świateł jupiterów, przestrzegał: „Nie zwracajcie na nie uwagi, patrzcie na mnie, co wam pokazuję”. Podczas występu pierwszy utwór jakoś poszedł, drugi gorzej, a trzecia pieśń całkiem się posypała, bo jego podopieczni śpiewając, zamiast patrzeć na sygnały dyrygenta, podziwiali scenerię. – Po występie na wymówki: „No przecież prosiłem...” usłyszałem od jednej osiemdziesięciolatki: „Ale przez całą próbę patrzyliśmy na pana, to raz nie możemy sobie popatrzeć, jak światełka błyskają?”. To mnie kompletnie rozbroiło, choć byłem na nich bardzo zły – śmieje się.

Także chórzyści do dziś z sentymentem wspominają próby, a jedna z pań, Małgorzata Oszustowicz, która wyprowadziła się z Grodkowa, dziś śpiewa w chórze „Veni Lumen”, prowadzonym przez jego syna.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama