Nowy numer 49/2020 Archiwum

Trzeba reagować

– Nie potrafię być bierny – mówi Grzegorz Haliczyn, który nie wahał się stanąć w obronie grupy ukraińskich studentów.

Pochodzi z Nowego Browińca, studiuje dziennikarstwo i komunikację społeczną na Uniwersytecie Opolskim. Ma 22 lata. Wysoki, uśmiechnięty, otwarty, pozytywny gaduła. Opowiada o swojej autostopowej wyprawie po Europie i drugiej, podobnej, do Holandii, o wyzwaniach, planach na przyszłość, wakacyjnej pracy...

Bo jeszcze nie zdecydował, czy zostać dziennikarzem, PR-owcem czy może wybrać jakąś działalność na wsi. Myśląc o założeniu kiedyś rodziny, chce poświęcić jej czas, a tymczasem zobaczyć trochę świata, sprawdzić się, poczuć trochę adrenaliny. Niedawno nie brakło mu jej nawet na miejscu, w Opolu.

Zwykły studencki wieczór

– To był późny sobotni wieczór, 14 października ubiegłego roku. Siedzieliśmy z kolegą na ul. Krakowskiej i już mieliśmy wracać do domu. Kilka metrów dalej stała grupka Ukraińców – chłopaki, dziewczyny. W pewnej chwili podszedł do nich jakiś człowiek i zaczął ich wyzywać na tle ich narodowości. Był bardzo pobudzony, jakby od alkoholu czy innych środków, widać było, że oni się go bali. To stwierdziłem, że zainterweniuję – opowiada Grzegorz Haliczyn. Liczył, że napastnik widząc wysokiego, dość rosłego młodzieńca, Polaka wystraszy się i odejdzie. Zamiast tego usłyszał soczystą wiązankę pod swoim adresem, a po chwili tamten wyciągnął nóż i ruszył na niego. – Zacząłem się cofać, zwrócony twarzą do niego, ale w pewnym momencie potknąłem się o ławkę. Gdy starałem się pozbierać, jeden z chłopaków z Ukrainy widząc to, krzyknął coś do napastnika. Jak wstałem, to zobaczyłem, że ten agresor w jednej ręce trzyma nóż, a drugą bije go po twarzy. Doskoczyłem więc tam ponownie – krzyknąłem coś i ruszył znów w moją stronę. Zacząłem uciekać. Widziałem jednak, że mnie dogoni, więc postanowiłem stawić mu czoła. Odwróciłem się, czego on się nie spodziewał, i dzięki temu udało mi się powalić go na ziemię. Wtedy zranił mnie nożem przy szyi i w rękę. Starałem się wyrwać mu nóż, tyle że on nie był sam – jego koledzy stali nieco dalej, koło sklepu. To działo się bardzo szybko – tłumaczy dalej. Kiedy Grzegorzowi udało się opanować napastnika, podbiegł jeden z towarzyszy agresora i zaczął go okładać. Ale że zebrała się grupka ludzi, a w międzyczasie ktoś wezwał policję, szybko się wycofał, sam napastnik zresztą też próbował się wyrwać i uciec. W kilka osób jednak przytrzymali go do przyjazdu służb. Grzegorz trafił na SOR, założono mu szwy i opatrunek. Chłopak miał dużo szczęścia, że napastnik nie trafił w tętnicę szyjną. W szpitalu towarzyszyli mu owi Ukraińcy. – Jak się mijamy, kiwają mi, ale nie mamy bliższego kontaktu. Do rodziców zadzwoniłem później, opowiedziałem, zaczynając, że już wszystko w porządku – i tak sprawa się zakończyła – uśmiecha się chłopak.

Ja – bohater?

– Ci Ukraińcy byli młodsi od nas, chyba pierwszoroczniacy z naszego uniwersytetu, niektórzy, jak się później okazało, nawet z mojego wydziału. Mają ok.16–17 lat, nie dziwię się, że byli przestraszeni – w obcym mieście ktoś ich atakuje, nie wiedzą, co robić... Nie żebym szczególnie lubił tę narodowość, ale jak się trafiają tacy agresywni goście – trzeba zareagować. Choć nie wiem, co bym zrobił, wiedząc od razu, że ma nóż – dodaje szczerze chłopak. – Ale chyba tylko inaczej bym do niego podszedł, bo nie potrafię być bierny. Nie uważa, że zrobił coś nadzwyczajnego, choć oczywiście ucieszył się z nagrody i gratulacji, które za ten czyn złożył mu prezydent Opola. Do nagrody im. Jana Rodowicza „Anody” zgłosiła go jego mama, gdy już ochłonęła, upewniła się, że syn jest cały i zdrowy. On sam wówczas nie wiedział nawet, co to za wyróżnienie. Nagroda, ustanowiona przez Muzeum Powstania Warszawskiego na pamiątkę Jana Rodowicza „Anody”, honoruje współczesnych bohaterów, którzy kierują się w życiu zasadami podobnymi do tych wyznawanych przez pokolenie powstańców, bezinteresownie robiących coś wyjątkowego dla innych. Ich postawa może stanowić przykład dla młodych ludzi. Do Warszawy pojechał z rodziną, duże wrażenie zrobiło na nim muzeum, jeszcze większe – obecni tam inni nominowani, weterani i osoby z jury. Gdy usłyszał swoje nazwisko, poczuł się zakłopotany. – Ja w ogóle nie czuję się bohaterem, oczywiście, myślę, że postąpiłem, jak należało, ale każdy powinien tak zareagować. Ta nagroda jeszcze bardziej mnie w tym utwierdza. Żyjemy w czasach, kiedy normalne zachowanie traktuje się jako coś nadzwyczajnego… – podkreśla laureat. A najbliżsi? Babcia i ciocia płakały, oglądając galę w TV, wiele osób dzwoniło z gratulacjami, a statuetka stoi na honorowym miejscu w salonie. W gronie nominowanych w tej samej kategorii znalazł się także Jakub Famuła – gimnazjalista z Chudoby, który zimą w drodze powrotnej ze szkoły zauważył mężczyznę leżącego na brzegu stawu twarzą do wody. Czternastolatek odwrócił go, dopilnował, by przyjął bezpieczną pozycję, a następnie wezwał pomoc.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama