• facebook
  • rss
  • Stoi na stacji lokomotywa

    Karina Grytz-Jurkowska

    |

    Gość Opolski 49/2016

    dodane 01.12.2016 00:00

    Pasja jest jego bogactwem – dziś 72-latek ma kilka parowozów, statek, okręt i najróżniejsze samoloty. Wszystko w miniaturze.

    Jak niemal każdy chłopiec interesowałem się od zawsze techniką. Gdy byłem mały, rozebrałem mamie maszynę do szycia i żaden fachowiec nie umiał jej już poskładać – zaczyna, śmiejąc się, Marian Witek z Mańkowic.

    Obserwacje

    – Modelarstwo było moją pasją w młodości. W latach 50. ubiegłego wieku moja mama kupiła mi pierwszy egzemplarz „Małego Modelarza”, jaki się ukazał, potem następne. I tak się to zaczęło – tłumaczy. Wspomina, że jak dojeżdżał do szkoły – technikum mechanicznego do Nysy, a później do pracy – bardzo podobały mu się parowozy. Po lekcjach godziny do powrotu spędzał na dworcu. – Choć do wyruszenia było sporo czasu, pociąg już stał na trzecim peronie. Chodziłem tam i godzinami przyglądałem się kołom, zwrotnicom, lokomotywom. Były takie majestatyczne i zasapane, gdy ruszały. Patrzyłem, jak to wszystko działa, starałem się dociec, do czego który element służy – mówi o początkach swojej pasji.

    Do dziś pamięta, że na trasie Zielona Góra–Kraków jeździły pociągi dalekobieżne i ciągnęły je parowozy PT 47 albo OL 49, które bardzo lubił. Wymienia, że do domu woziły go OKL 27, TKT 48 – który dziś stoi w Opolu – czy OK 22 – długo można go było oglądać przy peronie II w Nysie, a dziś, odrestaurowany, nadal jeździ w Wolsztynie. – Gdy się tak napatrzyłem, kiedyś zrobiłem i przyniosłem do szkoły model semafora. Dostałem za niego wysoką ocenę od pana z zajęć technicznych, bo ten semafor działał, były tam zwrotnice i tory, które się przesuwały. Na tym jednak, i na paru kolejnych modelach z „Małego Modelarza”, się skończyło. Po szkole przyszła służba wojskowa w marynarce w Ustce, praca, dom i rodzina, więc nie było czasu – tłumaczy.

    Szkoła cierpliwości

    Młodzieńcza pasja wróciła po latach, kiedy jego syn Piotr zafascynował się w szkole historią. Kupił sobie kartonowy model czołgu, zaczął go składać na stole, ale wkrótce przyniósł go ojcu, mówiąc: „Jak chcesz, to dokończ, bo nie mam do tego cierpliwości”. – Ja tę cierpliwość miałem, a gdy gotowe dzieło zobaczył instruktor modelarstwa z Łambinowic, do którego syn – jako młody poszukiwacz różnych pozostałości z II wojny światowej – zanosił znaleziska, zaproponował, by dać ten model na konkurs do Łambinowic. Zdobyłem trzecie miejsce i motywację do budowania kolejnych miniatur – chwali się senior. Najpierw postanowił poskładać parowozy, którymi jeździł przed laty, a których obraz nosił ciągle w pamięci. A choć łatwo było dostać gotowe, kartonowe szablony do składania, wycięcie setek maleńkich części i złożenie w całość wymagało dokładności, precyzji i stosowania różnych trików, by uzyskać wrażenie autentyczności. – Wiele razy woziłem je na różne konkursy i zdobywałem medale, przeważnie złote. Najbardziej pracochłonne są najdrobniejsze detale, zwłaszcza, gdy chce się jak najwierniej odwzorować oryginał. Na przykład: żeby zrobić lampy w lokomotywie, nie zwijałem tylko kartonika w rulon o średnicy kilku milimetrów i nie kleiłem obrazka lampy z przodu, ale małą żaróweczką wgniatałem do środka kawałek sreberka z czekolady imitującego reflektor i przyklejałem maleńką szybkę – przyznaje pasjonat. To robiło wrażenie na jurorach, gdy oglądali modele przez szkła powiększające, oświetlając kolejne fragmenty mocną lampą. Z czasem stosował też bardziej precyzyjne, fototrawione lub wypalane laserem elementy – koła czy anteny.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół